oktawian piotr ma już dwa tygodnie i jeden dzień
poród - nic ciekawego, aczkolwiek patrząc na słowa tych wszystkich lasek ile to bólu i w ogóle, to myślę, że przesadzają. nie jest to aż takie tragiczne. robaczek ważył 2860 g, przy wypisie coś około 2670 g. niewiele. taka mała kruszynka. teraz już się trochę zaokrąglił, i śpioszki w rozmiarze 56 nawet stały się dobre dla niego.
za dwa, maksymalnie trzy tygodnie chrzest, a potem długa podróż do naszego nowego domu. gdańsku przywitaj nas słońcem i ładną pogodą. jak na razie przeglądam oferty pracy, ale nie widzę aby szukali nauczyciela, jak się nie uda to pewnie z maleństwem posiedzę rok w domu, a co dalej to już nie mam pomysłu.. pozostaje mi tylko wiara, że w końcu się uda. no bo przecież musi. w sumie to już jestem jedną nogą tam - trochę rzeczy zostało już przewiezione. jeszcze nie widziałam tego mieszkania które P. wynajmuję od kwietnia a już słyszę hasła o przeprowadzce, najlepiej na ujeścisko, bo jacyś jego znajomi z pracy tam mieszkają, nie miałby dużo dalej do niej a mieszkania podobno są dużo tańsze. na razie i tak umowa podpisana na trzy miesiące więc jak ja już tam pojadę to wtedy zacznie się coś szukać. aczkolwiek nie chciałabym żyć tak na wariackich papierach, z ciągłymi przeprowadzkami. jednak na własne mieszkanie musimy jeszcze trochę poczekać, wg mnie trochę długo, a wręcz za długo.
podoba mi się postawa mamy. dba o mnie jak tylko może, już planuje mi kupić wyprawkę (typu talerze, garnki itp) abyśmy po przyjeździe tam nie musieli o razu z małym po sklepach biegać. zresztą jak na razie P. ma tam kilka takich typowo domowych rzeczy od właścicielki mieszkania, jednak to po pierwsze nie to samo, a po drugie nie weźmiemy tego przy ewentualnej przeprowadzce.
dorosłe życie powoli zaczyna mnie przerażać. pociesza mnie jeszcze fakt, że zawsze mogę jeszcze pisać prezentacje maturalne i udzielać korepetycji. chociaż nie jest to spełnienie moich marzeń. usłyszałam, że panikuję i czy zawsze muszę wszystko widzieć czarno. to nie jest zawsze tylko od czasu do czasu i tylko w momentach kiedy sytuacja zaczyna mnie przerażać.
kręciłam dzisiaj hula hop. kilka minut, ale już tyle wystarczyło, aby stwierdzić, że moja kondycja jest masakryczna. prawda. czego ja się spodziewałam po praktycznie 9 miesiącach bez ruchu. nie jest tragicznie - szybko przypomniałam sobie jak się kręci, ale rewelacji też nie ma. dobrze, że brzuch nie jest wielkich rozmiarów. w niedzielę wyciągam mój pas poporodowy i zobaczymy ile był wart.
i czuję się samotna, i to już nawet nie chodzi o to, że ja jestem tutaj a P. w gdańsku. 3 tygodnie wytrzymaliśmy już, był na świętach, to trzy też wytrzymamy. bardziej chodzi mi o tych pseudo przyjaciół. przyjedziemy zobaczyć małego zanim pojedziesz słyszałam miliard razy, ale wpadniemy po świętach. a tu mija kolejny dzień a nikt nie raczy nawet zadzwonić. cóż. ja nie pojadę wam go pokazywać i czule pożegnać się przed wyjazdem. wystarczy, że was zapraszałam, chociaż sami powinniście wpaść na pomysł. że na pewno byłoby mi miło gdybyście wpadli. nie będę na siłę nikogo do niczego zmuszać, nie chcecie - to nie, ale nie dziwcie się, że jak będziecie na wakacjach nad morzem mogę dla was nie znaleźć czasu.
mały ciągle śpi. i dobrze, noc była trochę nie przespana, po południu kilka godzin markotnych też było, pewnie to kolki, ale staram się nie przesadzać z herbatką, jeszcze te witaminki, cały czas o nich pamiętam, a zapomniałam mu ich dać,
zaczynam pisać bez składu i ładu, więc kropka.